Izba Architektów Rzeczypospolitej Polskiej
Stowarzyszenie Architektów Polskich
Czesław Antoni KorgulJeremi Lucjusz ŻurawieckiIgor Stefan SzupłatJakub Kosma OlejnikHenryk Stefan JaworowskiJerzy BeutlichAdam EliasiewiczMarcin Jan OborskiLech Dymitr KadłubowskiAndrzej PinnoTadeusz SpychałaZdzisław KompfRyszard MichalakZofia LudwikowskaAlicja Teresa NowińskaAndrzej Jan CząstkaElżbieta Król-BaćZofia DziewulskaKazimierz WejchertJózef GierczakHenryk JaroszWładysław RembaczPiotr MazurZygmunt RadzikowskiStefan NarębskiMarian RutkowskiLeszek Kazimierz KlajnertJan MucharskiMaciej NowickiRomuald Leopold PieńkowskiMarian SpychalskiJerzy Władysław BaumillerHieronim CichyHelena ZdonkiewiczJerzy Maria UllmanWanda Jadwiga ZandfosZdzisław MachowinaMirosław Leszek HrynkiewiczStanisław KozielskiJerzy WesołowskiTadeusz GiżyckiAntoni Aleksander JawornickiSamuel BickelsStanisław JakimowiczStanisław Papiewski
In memoriam - Pamięci Architektów Polskich
Czesław Jakub Czułowski
Członek Izby Architektów Rzeczypospolitej Polskiej
Członek Stowarzyszenia Architektów Polskich

arch. Czesław Jakub Czułowski

* 24.07.1925, Włostowice-Puławy

† 16.05.2007

Czesław Jakub Czułowski - architekt.
Członek SARP O. Warszawa (od 1953). Członek Mazowieckiej Okręgowej Izby Architektów RP.
Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej (1952).

Konkursy m.in.:
- na projekt zabudowy terenu na wschodniej stronie ul. Marszałkowskiej na odc. Pl. Centralnego "Ściana Wschodnia" w Warszawie (1958) - II nagroda równorzędna,
- na projekt Rozgłośni Polskiego Radia (1958) - współautorzy: Eugeniusz From, Zygmunt Nowicki, Zbigniew Secomski - wyróżnienie I stopnia równorzędne;
- na projekt koncepcyjny spółdzielczego domu handlowego w Łodzi (1961) - IV nagroda (w zespole).

Żołnierz AK.

Odznaczenia m.in.: Brązowa Odznaka SARP (1957).

 

Wspomnienie

NA ODEJŚCIE PRZYJACIELA – WSPOMINAM CZESIA CZUŁOWSKIEGO

Te kilkanaście stron spisałem ubiegłorocznego maja, kiedy dokładnie 16 maja odszedł Czesław. Właśnie mija rok i zdecydowałem przesłać je do „naszej gazety”, do Komunikatu. Ku pamięci. I może dla wywołania refleksji, jakie powinny towarzyszyć odejściu Czesława, refleksji dla całego naszego pokolenia, generacji architektów odchodzącej epoki.
Czy potrafiłem jednak, spisując naprędce wywołane myśli wówczas, tamtego maja, oddać temu niezwykłemu człowiekowi i artyście to, na co zasłużył? Czego był tak godnym przedstawicielem? Będąc wciąż dużym chłopcem o niebieskich ufnych oczach, skromnym i życzliwym otoczeniu? A tacy przecież najczęściej są ci wyjątkowi, jakich więc używać słów, wspominając, opisując?
A oto te stroniczki zapisu.

CZESŁAW CZUŁOWSKI - WSPOMNIENIE

Niełatwo jest mi pisać o moim wieloletnim Przyjacielu.
Ciężko, bo odszedł – trudno, bo jest przecież z tego heroicznego (używam tego określenia świadom jego wagi i z premedytacją!) pokolenia architektów – naszego pokolenia – jedynego i niepowtarzalnego w dziejach kraju. Heroicznego bo przyszło temu pokoleniu na zgliszczach w niepewności i zwątpieniach, ale z zaparciem, zdecydowaniem i miłością – wbrew wszystkiemu, wbrew brakowi doświadczeń i metod, kuszeniu wzorcami z zachodu i podszeptom socrealizmu – wyczarowywać nowy własny kształt architektoniczny kraju. Kraju, o który przed chwilą walczyli z bronią w ręku.
Jak więc te moje myśli wyartykułować?
Wspominając ludzi pokroju Czesława Czułowskiego, niezwyczajnych (a do takich On należał) uczestników i animatorów roboty architektonicznej w tamtych latach należy przyjąć – uważam – metodę raczej wnikliwego badacza, niż rozpamiętującego przyjaciela.
Nie wystarczy tu bowiem „wyliczanka” dzieł, jakie stworzył ten wybitny artysta, ani próby opisu tzw. „drogi twórczej” Czesława. Projektował dużo, brał udział w konkursach (nawet tych wielkich), malował udane akwarele, miał dryg do architektury i szczęście do realizacji. Opisem tego wszystkiego niech się zajmą inni, historycy od architektury, ja chciałbym podjąć próbę przywołania ducha tamtych lat, pokazania generacji (o której prawie wcale sie nie mówi lub nieudolnie wspomina), która wykreowała typ architekta-patrioty, artysty i wizjonera, architekta bohatera czasów, w jakich przyszło nam żyć. Tego, co to buduje i dom i osiedle i dzielnicę i miasto, podejmuje się rekonstrukcji starego a nowemu nadaje kształty akceptowane przede wszystkim tu, nad Wisłą. Architekta, o którym piszą w gazetach, śpiewają piosenki, chwalą się nim i ganią go jak trzeba, który jest „nasz”, polski.
Na architekturę z Czesławem dostaliśmy się z konkursu. Z tłumu, jaki wówczas oblegał gmach na Koszykowej. Rysunek, geometria wykreślna i egzamin „na inteligencję”, szukanie predyspozycji delikwenta do tego niezwykłego zawodu. Obu nas – jak mi potem powiedział - „egzaminowały” wschodzące sławy ówczesnych lat: Hryniewiecki i Leykam. Obu nam zadawali niekonwencjonalne pytania-zadania, np. wybrać z zestawu zdjęć przedstawiających realistycznie wykonane widoki te, które są dziełem aparatu fotograficznego i oddzielić je od zdjęć wykonanych z obrazów, które wyszły spod ręki artysty-malarza naturalisty. Obaj byliśmy żołnierzami AK z niebanalnymi przeżyciami wojennymi i działaliśmy „o miedzę” – ja w Lublinie i okolicy, Czesio w Puławach.
Obaj tkwiliśmy długi okres w czymś w rodzaju ciągłej konspiracji – nie od razu mówiło się świeżo poznanemu koledze z wydziału o minionych dopiero co – okupacyjnych przeżyciach. Obaj także znaleźliśmy się (z wielkimi trudnościami i przy odrobinie szczęścia) w akademiku na Placu Narutowicza (ósme piętro, Czesław z Bronkiem Gawrylukiem z Białegostoku, ja z Bolkiem Targońskim – studentem inżynierii z Lublina). W akademiku tworzyliśmy paczkę ze Stefanem Krzyżanowskim i Czesławem Boguszem (studenci architektury), braliśmy udział w słynnej wówczas walce z milicją w czasie obchodów Święta Bożego Ciała (szturmująca akademik milicja poniosła klęskę) i próbowali dorabiać u starszych kolegów robiących przy wystawie Ziem Odzyskanych.
Czesław – nie wiem czemu i jak – został „nadwornym” przepisywaczem obliczeń statystycznych prof. Hempla (tego od Mostu Poniatowskiego). Brał mnie – czasami – do spółki.
Było głodno, herbata i chleb z czym się dało. Tak do tzw. półdyplomu. Dwa lata. Potem nasze drogi się rozeszły. Poszliśmy do różnych biur projektowych. Ale obaj do przemysłówek.
Jako architekt Czesław był od razu widoczny, uznawany. Szczytowym momentem w tej fazie Jego zawodowej drogi był udział w niezwykle ważnym dla historii rozwoju myśli architektonicznej w kraju konkursie na tzw. ścianę wschodnią (wschodnia strona Marszałkowskiej między Alejami Jerozolimskimi a Królewską).
Był to najbardziej spektakularny sukces grupy „młodych gniewnych” pod wodzą uwielbianego przez nas prof. Leykama i chyba najbardziej słynny w bogatych przecież dziejach polskich architektonicznych konkursów. Przegrali choć byli najlepsi, ale – paradoksalnie z uwagi na wrogi do Ich projektu – stosunek władz – uznani zostali reprezentantami buntowniczego nurtu w ówczesnej naszej architekturze, a profesorowi Leykamowi szybko przypisano rolę prowodyra wszystkiego co dla naszej architektury jest niezgodne z wytycznymi partii.
Tak więc Czesław włączony został w poczet grupy, jaka w owym czasie uznawana była w środowisku (a i w społeczeństwie) za „naszą”, postępową, walczącą i patriotyczną.
I wtedy stała się rzecz niezwykła. Czesio – ten skromny i nieśmiały, obdarzony charyzmą dużej miary architekta, zostaje... kierownikiem biura projektowego. I to gdzie? „U ogrodników”!
Na antypodach bujnego, dużego życia projektowego!
I tak, jak wprost niewyobrażalnym był dla nas – projektantów – sam fakt decyzji zostania „administratorem”, tak niezwyczajnym okazał się okres dyrektorowania Czesława. Już w bardzo krótkim okresie okazało się, że ten dużego wzrostu i miłej postawy, ale raczej nieśmiały i stroniący od publicity architekt jest oryginalnym, bodajże jedynym wówczas w kraju kierownikiem takiego przedsięwzięcia. Potrafił z niezwykłą zręcznością skromną pracownię projektową przekształcić w atelier, które szybko zdobyło uznanie i właściwą rangę. Projektowaliśmy i budowaliśmy dużo, budynki i zespoły budynków o różnorodnych funkcjach w miastach i miasteczkach całej Polski, nieraz w miejscach prestiżowych. Braliśmy udział w konkursach (z sukcesami, np. nagroda za Dom Towarowy w Łodzi), w projektowaniu i urządzaniu wnętrz i wystaw. A wszystko to dzięki niezwykłemu talentowi Czesława.
Niezwyczajny to był okres w naszym zawodowym ówczesnym życiu pod Jego dowództwem. Pracował tu i wszechstronny artysta Jasio Soroczyński (wcześniej współpracownik Ihnatowicza i Romańskiego – tych od CDT-u), który później „namieszał” w Chicago jako grafik i Józio Chodaczek (wcześniejszy spec od budownictwa... zabytkowego – współautor odbudowy otoczenia zamku w Lublinie i starego miasta tamże) i Zygmunt Barankiewicz (konstruktor i jeden z najlepszych konstruktorów wówczas, autor wielu prestiżowych zakładów przemysłowych) i sława w tym zawodzie miary najwyższej, równy co najmniej Waciowi Zalewskiemu (temu od katowickiego Spodka) - Andrzej Zienkiewicz. Także sprawy administracji i prowadzenia ekonomiki przedsiębiorstwa powierzył osobom gwarantującym należyty poziom atelier – panu mgr Franciszkowi Stemlerowi i pani mgr Wandzie Dziadosz, przyszłej sławie w dziedzinie ekonomii.
Próbowaliśmy łamać stereotypy w ówczesnych „modach projektowych”, wnosiliśmy – poprzez niekiedy niewielkie kubaturowe obiekty w centrach miast inne spojrzenie na problem odbudowy miast małych, często zabytkowych (np. Łęczycy, Sandomierza).
Otrzymaliśmy wiele nagród i podziękowań, w formie listów od architektów miejskich i władz miast. Za przyczyną udanych naszych projektów centrala ogrodnicza otrzymywała ekskluzywne lokalizacje (np. w Sandomierzu, Gdańsku, Poznaniu, Lublinie i... Warszawie).
Nad wszystkimi zaś poczynaniami pracowni czuwało bystre oko i intuicja projektancka Czesława. Nie był zazdrosny, radował się sukcesami innych, potrafił wyczuć możliwości twórcze poszczególnych kolegów.
Był szefem na miarę lat, które miały nadejść. Tylko idee, jakimi byliśmy przepojeni – anachroniczne do czasów dzisiejszych, bo nie przywiązywały wagi do pieniędzy, do wynagrodzeń.
Liczyły się osiągnięcia, sukcesy, sam fakt możliwości uczestniczenia w budowaniu nowego.
Miałem honor i zaszczyt pracować przez kilka ładnych lat z gronem tych wybitnych osobowości, artystów i fachowców najwyższej próby.
Ostatni raz widzieliśmy się w kościele na Nobla na Saskiej Kępie, kiedy chowaliśmy Maćka Krasińskiego. Kawiarenkę, do jakiej wdepnęliśmy po mszy (we trzech, dołączył Genio Ziółkowski), Czesław opuszczał w pośpiechu. „Wybaczcie, jeszcze mam spotkanie z Francuzami. Robię dla nich niedużą rzecz. Spotkamy się w lepszej sytuacji. Musimy pogadać”.
Jestem pewny, że tam dokąd odszedł docenią Jego cechy i umiejętności w pełni.

Ps. Wśród przyjaciół Czesława znana była Jego umiejętność konstruowania specjalnie przez Niego budowanych arcyzabawnych opowieści opartych na kanwie Jego własnych przeżyć. Były to autoironiczne i pysznie przez samego Autora opowiadane gawędy.
Jedną z bardziej znanych i dość często z uwagi na prośby otoczenia powtarzanych była opowieść o... łodzi Kennedy'ego. Clou zdarzenia gdzie główną rolę grała owa „łódź” stanowił opis (wprost mistrzowski) reakcji żony i teściowej na uporczywe próby Czesiowe wytłumaczenia spóźnienia się na mszę (panie właśnie opuszczały kościół). Powodem miała być... konieczność bawienia Kennedy'ego, który właśnie zaszczycił wizytą dom państwa Czułowskich.
„Na nic zdały się zaklęcia – opowiadał – że to nie Jego fantazja, a rzeczywiste – choć przyznawał z kręgu surrealistycznych – wydarzenie. Panie po postukaniu się w głowę, pełne oburzenia i zaniepokojone stanem umysłu winowajcy wróciły (osobno, bez Czesia) do domu”.
Dopiero tam, widoczny znak bytności (jednak!) mister Roberta Kennedy'ego, brata prezydenta USA pozwolił na wyjaśnienie całego zamieszania. Był nim... metalowy znaczek łodzi podwodnej symbolizującej wojenne przewagi Johna – prezydenta. Znaczek – jako dar od Kennedy'ego – brata trzymał właśnie w ręku mały Czułowski.
Robert Kennedy odwiedził wówczas Polskę, a obwoził go po Warszawie jej naczelny architekt Adolf Ciborowski. Przypadkowo spotkany Czesław, biegnący do swych pań na nabożeństwo, nie mógł nie zaprosić niespodziewanego gościa do siebie do mieszkania na Sadach Żoliborskich - Skibniewskiej. „Było nawet miło i jakoś nieskrępowanie. Kennedy, widząc moją strzelbę myśliwską, sprowadził rozmowę na polowanie. Rozmawialiśmy po francusku”. Tyle Czesław.
Myślę że w archiwum rodzinnym Czułowskich zachował się „corpus delicti” Jego spóźnienia się na ową „historyczną” mszę?

Tadeusz Mycek

 

 

 

Źródła:

Udostępnij na:
Biogram dodano: 29.02.2012 | Aktualizacja: 24.01.2018, 23:23:01 | Wyświetleń od 01.01.2018 r.: 422