Izba Architektów Rzeczypospolitej Polskiej
Stowarzyszenie Architektów Polskich
Halina SkibniewskaKazimierz KlimczewskiRomuald Cerebież-TarabickiPiotr Tomasz BarełkowskiZygmunt LutomskiJacek Kajetan CydzikAnna CzapskaLudomir SłupeczańskiJulita TurczynowiczWłodzimierz WajnertMarek WodniczakEugeniusz KozincewLeszek MaliszewskiRafał JaśkowiecKarol JasieckiZbigniew GąsiorAndrzej GretschelRyszard PawlikowRyszard SołtyńskiZbigniew Stefan RoznerPiotr TurczynowiczHanna Graf-ChylińskaTomasz MańkowskiMarian Piotr ŚramkiewiczLeonard BudrykRomuald RaksimowiczAndrzej PawlickiTadeusz PośpiechFranciszek KocimskiZbigniew PawlakPiotr BohdziewiczMaria KurzawaFeliks Henryk DzierżanowskiEdward UsakiewiczMichał KaczorowskiJan DąbrowskiWojciech Franciszek DuczymińskiLech Kazimierz KłosiewiczBogdan CelichowskiHenryk CzerwińskiJerzy FilińskiDanuta Wiesława StrachockaWawrzyniec DayczakBogdan LaszczkaZbigniew Przybylski
In memoriam - Pamięci Architektów Polskich
Stefan Marian Kuryłowicz
Członek Izby Architektów Rzeczypospolitej Polskiej
Członek Stowarzyszenia Architektów Polskich

prof. dr hab. inż. arch. Stefan Marian Kuryłowicz

* 26.03.1949, Warszawa

† 06.06.2011, Asturia (Hiszpania)

Stefan Marian Kuryłowicz - architekt, nauczyciel akademicki, wykładowca, pilot.
Członek SARP O. Warszawa. Członek Mazowieckiej Okręgowej Izby Architektów RP.
Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej (1972). Doktor nauk technicznych za pracę „Wpływ uwarunkowań zewnętrznych na kształt przestrzenny zespołów teatralnych” (promotor – profesor Małgorzata Handzelewicz-Wacławek) - (1990), doktor habilitowany - praca pt. „Architektura – idea i jej realizacja 1998-1999” (2002), profesor nzw.

Założyciel, szef i główny projektant Autorskiej Pracowni Architektury Kuryłowicz & Associates (od 1983).
Kierownik Pracowni Projektowania Przemysłowego i Wielkoprzestrzennego na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.
Członek grup roboczych UIA. Członek Rady Architektury i Rozwoju doradzającej prezydent Warszawy Hannie Gronkiewicz-Waltz.
Sekretarz Sekcji Architektury Komitetu Urbanistyki i Architektury PAN 1994-97.
W lutym 2010 został powołany do Komitetu Doradczego ds. przebudowy siedziby ONZ w Nowym Jorku.

Autor m.in.:
- kościół na os. Widzew w Łodzi;
- kościół z klasztorem oo. Franciszkanów na ul. Modzelewskiego róg Woronicza w Warszawie;
- kościół św. Michała Archanioła, Nowy Dwór Mazowiecki (1981);
- biurowiec Fuji Film, Warszawa (1992) - Nagroda II stopnia Ministra Gospodarki Przestrzennej i Budownictwa (1994);
- budynek biurowy Nautilius, Warszawa, Nowogrodzka 11 (1996);
- Fabryka Wiązek Kablowych G. OSTERVIG, Stanisławów k. Warszawy (1999);
- biurowiec Focus Filtrowa, Warszawa, al. Armii Ludowej (2001);
- biurowiec PLL Lot, Warszawa (2002);
- stacja Metra Warszawskiego – Dworzec Gdański (2003);
- osiedle Eko-Park, Warszawa, projekt urbanistyczny, projekt architektoniczny niektórych budynków oraz pawilonu sprzedaży mieszkań, w realizacji od 2000;
- osiedle zamknięte Marina Mokotów, Warszawa, projekt urbanistyczny i architektoniczny, w realizacji od 2003 na terenie Pola Mokotowskiego;
- dom własny, Kazimierz Dolny (2006);
- Biurowiec Wolf Królewska w Warszawie;
- apartamentowiec Prosta Tower w Warszawie;
- apartamentowiec Symfonia Residence w Gdańsku;
- terminal pasażerski dla Portu Lotniczego w Modlinie (w budowie);
- Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu, 2007 (w budowie);
- Ratusz w Wilanowie;
- Stadion Miejski w Białymstoku (w budowie);
- biurowiec Wolf Nullo w Warszawie;
- Hotel Hilton w Gdańsku (2010);
- port lotniczy Kielce - koncepcja architektoniczna.

Konkursy m.in.:
- na opracowanie projektu koncepcyjnego Wielofunkcyjnego Zespołu Teatralnego wraz z zagospodarowaniem Placu Wolności we Wrocławiu (1975) - współautorzy: Andrzej Nasfeter, Tomasz Ciołek - I nagroda.

 
Rzecznik praw architekta Oddziału Warszawskiego SARP od 1989 r.
Członek Prezydium OW SARP (1976-81), członek Prezydium ZG SARP (1981-92), Wiceprezes SARP (2003-11) .
Krajowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej Izby Architektów RP.

Laureat dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za rok 2009.

Laureat Honorowej Nagrody SARP (2003).

Laureat Wyróżnienia honorowego podczas VI Międzynarodowego Biennale Architektury Kraków 1996. Nominowany do Nagrody im. van der Rohe'a.
26.03.2013 r. rozpoczęła działalność Fundacja Stefana Kuryłowicza.

Odznaczenia m.in.:  Złoty Krzyż Zasługi (za udział w projektowaniu i realizacji Terminalu Lotniczego Warszawa-Okęcie), Brązowa Odznaka SARP (1979), Srebrna Odznaka SARP (2000), Złota Odznaka SARP (2011 - pośmiertnie).

Zginął w wypadku lotniczym w Asturii, w górach gminy Bayas w comarce Castrillón.
Pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie w Alei Zasłużonych (20.06.2011).
 
 
WSPOMNIENIA
 

O STEFANIE INACZEJ…

Marek Dunikowski powiedział, że Stefan „miał zdecydowane poglądy, za którymi stał Jego ogromny dorobek. Dlatego tak bardzo się z Nim liczono. A przede wszystkim przy całej Jego wiedzy, Jego horyzontach, zainteresowaniach, Jego wysokim statusie – był tak po ludzku, tak cholernie normalny.”
Ta Jego „normalność” przejawiała się oczywiście najczęściej w sytuacjach prywatnych, wyrwanych z mocno napiętego grafiku codziennej pracy, np. podczas naszych wspólnych narciarskich wyjazdów jesienią na lodowiec, a wiosną - do tak przez nas wszystkich uwielbianej Madonny di Campiglio. To właśnie w Madonnie 2 lata temu obchodziliśmy 60te urodziny Stefana. Przed wyjazdem przygotowaliśmy dla Niego szczególny prezent, od całej naszej archi-narciarskiej braci. Były to bardzo nietypowe narty, „edycja limitowana”, ze specjalnie na tę okazję zaprojektowaną szatą graficzną i tak też wykonane. Narty były dziecinne (ok. 110 cm) – bo tylko takie udało nam się wtedy dostać (było już po sezonie) – w stosunku więc do wzrostu Stefana, miały się jak pięść do oka… Ale ważna była idea. Siedzieliśmy nad tym „projektem” w moim pokoiku na poddaszu z Jarkiem Uhrynem, wkładając w niego całe serce i najdziwniejsze pomysły. Wyraz twarzy Stefana i Jego nieprawdopodobna wręcz radość, gdy otworzył prezent - była bezcenna.
Teraz, gdy już Go między nami nie ma, dowiedziałam się, że narty zawisły w Jego gabinecie na Berezyńskiej, gdzie obok innych lotniczych gadżetów, zastąpiły na ścianie liczne dyplomy – dowód uznania za działalność zawodową. Te zaś znalazły równie ważne miejsce w Jego pięknym biurze.
Seminaria pod hasłem „Zbudujmy coś razem”, organizowane – ja mawiał Stefan – znakomicie ! - od wielu lat przez Tomka Karwatkę zarówno na austriackich lodowcach czy wspomnianej Madonnie były stałym punktem w zapełnionym po brzegi kalendarzu Stefana. To On, obok Marka Dunikowskiego, Ryszarda Jurkowskiego, Jacka Lenarta, Wojtka Miecznikowskiego i wielu innych byli pierwszymi uczestnikami narciarskich eskapad połączonych z wykładami zaproszonych firm. Stąd też powstał pomysł, by nadać im wymiar niemal rodzinny. I tak powstała Wielka Kapituła „Wujka”. W 2008 roku podczas pobytu na lodowcu Hintertux - Stefan oraz wyżej wymienieni uhonorowani zostali tym tytułem i od tego czasu nazywani byli odpowiednio: Wuj Funio, Wuj Dyrektor, Wuj Prezes, Wuj Zeus, Wuj Słonik. Do honorowego „Konklawe” dołączył 2 lata później Wuj Zenek.
Tradycją madonnowych wyjazdów było na koniec każdego narciarskiego dnia spotkanie w słynnej Montagnoli. Około 15.30 Wuj Funio zjeżdżał tam dostojnie, gdzie na wszystkich czekała już „Mela verde” lub inna bardziej wytrawna grappa. Wuj był niezastąpiony również w sytuacjach trudnych, gdy np. z powodu zbyt dużej ilości osób siedzących, udało nam się skutecznie zepsuć ławkę w Apres Ski Barze „Ober”. Z kilkudziesięciu obecnych architektów to właśnie Wuj Funio zajął się naprawą. Był naprawdę wszechstronny.
Stałym punktem madonnowych wyjazdów była wizyta w sklepie z okularami. Być może z braku własnej córki, rozpuszczał w sposób niemożliwy Magdę Dunikowską, kupując jej co roku nowe okulary przeciwsłoneczne, twierdząc, że nie wypada pięknej kobiecie pokazywać się w tych samych, co rok wcześniej.
Nasza ostatnia Madonna w marcu tego roku była nietypowa… Stefan bowiem postanowił wraz z Jackiem Syropolskim przylecieć do Madonny swoim samolotem. A w marcu, jak wiadomo z pogodą różnie bywa… Czekali więc na odpowiednie warunki najpierw w Polsce, potem Czechach i we Włoszech. Stefan był pod tym względem niezwykle ostrożny, powiedziałabym nawet bardzo zachowawczy, nie ryzykował… Ostatecznie przylecieli na jeden dosłownie dzień. Tylko po to, by cały dzień spędzić na słonecznych stokach Groste, a wieczorem zjeść z nami wszystkimi kolację w kultowej Piccadilly, napić się dobrego wina poleconego przez Giancarlo, porozmawiać z przyjaciółmi o architekturze, SARPie, pochwalić się najnowszymi osiągnięciami wnucząt Hani i Ignasia, poklepać przyjaźnie naszych wspaniałych gospodarzy - Jurka i Norinę…
Tego też wieczoru Jacek z dumą pokazywał nam zdjęcia swojego paromiesięcznego synka – Andrzejka…
Dla nas – Stefan – Wuj – Funio był i takim zostanie w naszej pamięci – bardzo normalnym, ciepłym, radosnym Człowiekiem. Jego piękną cechą była umiejętność dostrzegania każdego człowieka, począwszy od pani, która sprząta w SARPie czy panów portierów, przez współpracowników branżowych, których cenił na równi z innymi, na projektantach z własnego biura skończywszy. Zawsze podkreślał, że każdy projekt, który wychodził z Jego biura, to praca całego zespołu.
No i jeszcze jedno. Miał to szczęście dzielić życie osobiste, pracę projektową, dydaktyczną - z Ewą - żoną, przyjacielem, największym Jego wsparciem. Zawsze podkreślał, że nie doszedłby do niczego, gdyby nie ona. Na każdym kroku podkreślał jej ogromną wiedzę, talent i wsparcie. Byli niezwykłą parą…
Stefan był Człowiekiem o niespożytej wprost energii. Podziwiałam Go ogromnie, gdy po ciągnących się do późnych godzin nocnych obradach Zarządu Głównego, potrafił jeszcze przed śniadaniem wracać lekko zdyszany z porannego biegania. To codzienne bieganie dawało mu oddech, dystans, to pewnie wtedy rodziły się w Jego głowie kolejne projekty, marzenia.
Niestety nie zobaczy już Forum Muzyki we Wrocławiu, Prostej Tower, Supersamu, ukończonego stadionu w Białymstoku i wielu, wielu innych. My – będziemy je pokazywać, gdy tylko zostaną ukończone. Los rozpoczętych przez Stefana projektów, jest bezpieczny, bo jak sam mówił – to praca całego znakomitego zespołu, który tak starannie przez lata dobierał.
Wierzę, że z uśmiechem będzie spoglądał z góry na dokonania swojej pracowni, na swoich najbliższych, na przyjaciół śmigających po zaśnieżonych stokach, bo jak kiedyś powiedział: „Dopiero z góry widać, co naprawdę jest ważne i piękne”.

Agnieszka Bulanda

 

ALFABET WSPOMNIEŃ
SPISANY PRZEZ JAKUBA WACŁAWKA
LIPIEC 2011

APA 
To było chyba pierwsze biuro w Warszawie (może nawet w Polsce) - „niepaństwowe”. Założone w 1981 r. przez grono przyjaciół, jako półprywatna federacja niezależnych autorskich pracowni architektonicznych. W 1982 dołączył do nich Stefan, ze swoją pracownią. Skład był imponujący – razem z szefem liczył cztery osoby!

APA – TAMKA
Na piątym piętrze, w ciasnym pomieszczeniu na poddaszu, wynajętym od kolegi mieściła się pracownia Stefana. W lecie niemiłosiernie grzało, równoważąc przykry ziąb zimowy. Jako obdarzeni słusznym wzrostem, w niektórych miejscach musieliśmy się troszkę schylać. Ale wychodząc na dach mogliśmy uczestniczyć w życiu publicznym kraju - obserwując zamieszki uliczne lat osiemdziesiątych.
Trochę później przenieśliśmy się całe sześć kondygnacji w dół – do niedużo większego lokalu; tym razem w suterenie. Miłej - bo z widokiem na zielone podwórko. Jedyna niedogodność to zakaz palenia – Stefan już wtedy nie palił fajki i z wielką cierpliwością starał się nie zauważać moich przerw na papierosa. Warto też wspomnieć, że to były ostatnie lata ręcznej manufaktury projektowej – jedyna elektroniką były NRD-owskie kalkulatorki a komputery, drukarki, plotery nie istniały. Odbitki projektów biegaliśmy robić do zaprzyjaźnionej pani Basi z naszego niegdyś macierzystego biura na Królewskiej. Ale też i dokumentacja na budowę była „chudsza” a skrobanie żyletką na kalce było chyba mniej pracochłonne, niż dzisiejsze tworzenie kolejnej wersji w CADzie. Inaczej też „sprzedawało” się projekt – ponieważ ludzi obdarzonych przez Boga zdolnościami rysunkowymi było równie, jak dziś mało, docenialiśmy wartość ręcznie wykonanej perspektywy. Stefan rysował wspaniale ale brak czasu rzadko pozwalał Mu wyjść poza stadium wczesnych, inspirujących szkiców.

APA – DYREKTOR
Stefan w 1987 r. został dyrektorem a właściwie został wybrany na dyrektora APY – mimo, że najmłodszy w gronie szefów pracowni. W trudnej rzeczywistości lat osiemdziesiątych zgłębiał tajniki bilansu, sprawozdań, podatków, norm zatrudnienia itp. pracując nad utrzymaniem w całości niesfornej federacji pracowni. Każda z nich miała za szefa ze wszech miar wybitnego architekta i nieostatnim zadaniem dyrektora było pogodzenie ich ambicji a także utrzymanie na plusie wspólnego bilansu.

ARCHITEKTURA
Trudno mi mówić o architekturze - wspólnie projektowanej i realizowanej - nie mnie ją oceniać. Tworzoną przez Stefana i Jego zespół w Kuryłowicz & Associates obserwowałem z boku – zawsze wzbudzała emocje, podziw a czasami, muszę się przyznać także i zazdrość. Ale zawsze czułem w niej rękę Stefana - architekta, który na naszych oczach dorósł do poziomu przedwojennych gigantów – B. Pniewskiego, R. Gutta. Architekta, z którym mało kto mógł się w Polsce ścigać. Jego siłą były własne nieprzeciętne zdolności a także niebywała umiejętność tworzenia znakomitego zespołu. Wielu dzisiejszych i przyszłych świetnych architektów będzie wspominało z dumą czas pracy w Jego firmie. Myślę także, że już niedługo o Jego projektach i realizacjach będą się uczyć kolejne generacje studentów.

KOŚCIOŁY
Pierwszy temat ze Stefanem to projekt i realizacja wielkiego kościoła na Widzewie w Łodzi. Olbrzymie założenie sakralne wygrał w konkursie razem z Waldemarem Szczerbą, z którym jednak drogi projektowe Mu się rozeszły i temat został podzielony. Pamiętam naszą satysfakcję projektowania największego wówczas nowego kościoła w Polsce. Wspominam też swoje „męki” twórcze, gdy miałem narysować wieżę kościoła inspirowaną smukłym kształtem Jasnogórskim. Zarazem - ileż satysfakcji sprawiała zabawa z odkrytą wtedy przez nas cegłą licową z Gozdnicy i rysowanie wielowątkowych i rozrzeźbionych płaszczyznowo elewacji.
Później przyszedł temat małego kościoła w Grodzisku Mazowieckim. Ćwiczyliśmy modny wtedy układ bryły zaprojektowanej na rzucie kwadratu - po przekątnej. Klasyczne sklepienia kolebkowe sprawiały dzięki temu masę kłopotów ale i przyjemności w ich pokonywaniu. Przyjemnością była też współpraca z inwestorem. Był nim młody, dzielny i uparty proboszcz ks. Płaszczyński. Brał on ciężar budowy na siebie – dosłownie, bo wiele prac budowlanych wykonywał własnoręcznie. Parafia była mała, budowa kosztowała dużo to też czasami dostawaliśmy kolejną ratę honorarium w pomarańczowych bloczkach sera (niezbyt smacznego) z darów pomocowych.
Ostatnim naszym wspólnym dużym tematem był kościół z klasztorem i szkółką parafialną przy ul. Modzelewskiego/Woronicza. Władza PRLu przydzieliła zakonowi Franciszkanów wyjątkowo mało przyjazną działkę – szerokości ca 20 a długości ca 200m. W przeciągu jednego tygodnia Stefan narysował podstawowy rzut – ideę całości. Zespół wyżywał się w elewacjach, które nie ukrywam, później określone zostały jako klasyczny postmodernizm. Rysując jednak kolejne neo-portale, spadziste dachy z sygnaturką, bądź mansardowymi oknami nie przejmowaliśmy się definicją stylu – sprawiało to nam po prostu dużą frajdę.
Dzisiaj często określam ten kościół jako parafialny Telewizji Polskiej.

NARTY
Pamiętam zawsze Stefana na nartach. W latach 80-tych jeździliśmy z naszymi rodzinami do modnych wówczas kurortów – Wisły i Szczyrku. Ja powoli uczyłem się skrętu w prawo a Stefan w tym czasie szusował w swoim wspaniałym rozpoznawalnym stylu – nogi zawsze razem, ręce szeroko, kije rzadko dotykające śniegu. Na stok przeważnie wychodziliśmy pierwsi – jako ostatni schodził Stefan – po prostu musiał wykorzystać cały czas na śniegu. Wiele lat później zaprosił mnie do gromadki przyjaciół – jeżdżących razem w rejony włoskich i austriackich Alp. I tu znowu był w swoim żywiole – nigdy nie zaniechał próby zjechania szybciej, niż młodszy o powiedzmy trzydzieści lat kolega lub zajęcia jak najwyższego miejsca w kolejnych zawodach. W Madonnie di Campiglio, Hintertuxie, Stubaitalu – wszędzie starał się wykonać maksymalną ilość zjazdów, budząc tym chyba nie tylko moją cichą zazdrość. Ale zarazem parę słów Jego pochwały mojego lepszego niż dwadzieścia lat wstecz stylu sprawiało mi niekłamaną radość! Także na nartach należał do „starszyzny” – żartobliwie wybranego przez wszystkich jeżdżących do Madonny kolegów do grona „Wujów” . Ten tytuł-nietytuł sprawiał Mu wyraźną przyjemność. Trzy lata temu, jako jeden z ostatnich założył kask, w tym roku zdecydował się nauczyć jeździć carvingiem.

PARTNER
W 1982 zostałem zaproszony przez Stefana do Jego pracowni. Byłem, jak to dziś oceniam Jego „młodszym” partnerem. Projektowaliśmy razem, razem podpisywaliśmy projekty ale trud zdobywania nowych tematów, ryzyko negocjacji i podpisywania umów z inwestorami Stefan brał na siebie. Jak duży i odpowiedzialny jest to zakres pracy zrozumiałem po latach – jako szef własnej firmy. Zawsze też doceniałem Jego uczciwość i solidność we wzajemnych rozliczeniach finansowych – dość powiedzieć, że przez te 5 lat nigdy nie pokłóciliśmy się na temat pieniędzy.

RODZINA
W tym samym wrześniu 1976 r. braliśmy ślub z naszymi Żonami. Ewa – jak często Ją półżartobliwie określał „Moja Droga Żona” – wielka miłość Jego życia. Pracowali razem w firmie, współpracowali na Wydziale, mimo prowadzenia oddzielnych pracowni. Doceniali wzajemnie swoje zdolności, tworząc znakomity tandem – porównywalny do Brukalskich czy Syrkusów. Ich synowie – starszy poważny Michał i młodszy Marek (niegdyś zwany Radkiem) – rówieśnicy moich synów. Znałem ich z dziecięcych przygód na stoku a dziś obserwuję z przyjemnością ich kariery. Michał pewnie niedługo zostanie profesorem chirurgii a Radek próbuje sił w biznesie. No i trzecie pokolenie – malutka Hania i Ignacy – wnuki, których Stefanowi od niedawna zazdrościłem.

SAMOCHODY
Stefan, jak chyba wszyscy (mężczyźni w każdym razie) lubił samochody – w 1982r. i trzydzieści lat później. Mieliśmy satysfakcję, może dziś mało zrozumiałą, bo dorobiliśmy się czegoś troszkę lepszego niż małe fiaty. Nasze wspaniałe ścigacze – Fiaty 125p miały tylko jedną wadę – piły dużą ilość benzyny, na którą zawsze brakowało kartek. Dlatego też patrzyliśmy z wielką zazdrością na naszego przyjaciela Jacka, który ciężko harując za granicą dorobił się prawdziwego Forda – diesla. O tak, tego nam brakowało! Kupując potem kolejne samochody, ja często (używane), Stefan rzadziej (nowe) wyrastaliśmy powoli z fascynacji samochodem, jako męską zabawką. Pamiętam jednak jeszcze wspaniałą anegdotę Stefana o Jego próbach połączenia nadwozia Poloneza z silnikiem diesla od Peugeota. Nigdy się to nie udało i Jego jedyną przyjemnością pozostało sprzedanie tego „zestawu” pierwszemu klientowi z ogłoszenia. Pod skórą oczywiście słabość do samochodów trwała i pod koniec lat 90-tych Stefan wszystkim imponował jednym z pierwszych w Warszawie Jaguarów. Zmieniając potem swojego S-Type wylądował w końcu w XKR – wspaniałym klasycznym Jaguarze Coupe, którego sylwetka sportowego bolidu rozpoznawana była od razu na ulicy. Jego moc była tak wielka, że utrudniała codzienną jazdę - w zimie stał w garażu, nie mogąc wystartować na lodzie bez zerwania przyczepności kół.

TENIS
Graliśmy w tenisa „od zawsze”. Czasami z długimi przerwami ale ostatnie parę lat stale w poniedziałki o 21ej na korcie AWF na Bielanach. Często przychodził bezpośrednio z kolejnego spotkania biznesowego, ale nie oznaczało to, że ze zmęczenia odpuszczał mi jeden lub drugi gem. Nie, mimo że przeważnie miałem lekką przewagę - walczył do końca. Zawsze podkreślał, żebym grał z Nim z respektem dla Jego wieku i możliwości, po czym w czasie tej krótkiej godziny „rozkręcał” się szybko i dochodziło do poważnej wymiany ciosów. Ze względu na odniesioną niegdyś kontuzję barku nie mógł normalnie serwować ale wynagradzał to sobie niejednokrotnie dochodząc często do siatki na wolej bądź smecz (co oczywiście też było, teoretycznie – dla Niego niewskazane).

SAMOLOT
To pasja Jego ostatnich lat i chyba jedna z największych. Umożliwiła mu prowadzenie budów i projektów w całej Polsce ale i możliwość częstych wizyt w swoim domu w Kazimierzu albo rodziny w Juracie - nie była bez znaczenia. Leciałem z Nim parę razy – nie ukrywam, że na początku z duszą na ramieniu. Imponował mi swoim profesjonalizmem, skrupulatnością pilnowania procedur i spokojem pilotażu.

WAKACJE
Jeździliśmy często razem na wakacje – te dwa tygodnie daleko, na plaży nad ciepłym morzem nie wymagają bliższych opisów. Ale nie – jedna rzecz je wyróżniała. Stefan biegał; biegał w Warszawie i biegał na Sycylii, biegał w lecie i w zimie. Było to 8 do 10 km codziennie – korzystaliśmy z tego też i my leniuchy – kupował po drodze dla wszystkich świeże bułeczki.
A gdy powiedział, że pobiegnie maraton – nie dziwiliśmy się zbyt długo. Rzeczywiście pobiegł i to w dobrym czasie!
WYDZIAŁ
Oczywiście chodzi o Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Ten Wydział skończył w 1972 roku, będąc już pracującym asystentem w katedrze prof. prof. K. i H. Wejchertów. Na studiach wygrywał konkursy – razem z Tomkiem Ciołkiem i Andrzejem Nasfeterem. Zapamiętałem także Jego dyplom - jeden z największych – 40 plansz to i dzisiaj wynik imponujący.
Później pracował w zespole prof. Macieja Gintowta, po jego śmierci obejmując kierownictwo pracowni. W międzyczasie napisał doktorat (miło mi, bo u mojej Matki), a także równie mimochodem - habilitację. Zostając profesorem budził moje i chyba nie tylko moje zdziwienie, kiedy miał na to czas – prowadząc największe biuro projektowe w Polsce. Próbował ze swoją żoną Ewą, także profesorem, wprowadzić liczne zmiany w sposób nauczania na Wydziale – niestety zabrakło Mu na to czasu …

ZESPÓŁ
Lata mijają, pamięć zaciera twarze … Ale gdy zacząłem pracować ze Stefanem poznałem Krysię Tulczyńską, Piotra Kuczyńskiego – wtedy jeszcze studenta. Trochę później żonę Stefana – Ewę. To był ścisły trzon pracowni – dziś partnerów w Kuryłowicz & Associates. A przez pracownię przewinęło się wtedy, za moich czasów współpracy 1981-1985 dużo młodych ludzi – dziś poważnych architektów – że wspomnę Zbyszka Tomaszczyka, Krzysztofa Idziorka, Piotra Zubalę.

Ten alfabet jest niepełny – myślę, że długo będą mi się przypominały kolejne litery.
Tylko Jego już nie ma.

 

 

Galeria:

Siedziba Kuryłowicz & Associates w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Biurowie Wolf Nullo w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Siedziba firmy Reprograf w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Osiedle mieszkaniowe Nowe Powiśle w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Pawilon w ECO Parku w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Biurowiec Nautilus w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Osiedle mieszkaniowe Marina Mokotów w WarszawieBiurowiec LOT w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Dom własny w Kazimierzu n. Wisłą (fot.: http://www.apaka.com.pl)Hotel Hilton w Gdańsku (fot.: http://www.apaka.com.pl)Siedziba firmy Hectora SA w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Biurowiec Fuji w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Biurowiec Focus w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Fabryka Wiązek Kablowych G. Ostervig w Nieporęcie (fot.: http://www.apaka.com.pl)ECOPARK w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Hotel Courtyard by Mariott w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Centrum Profilaktyki Nowotworów w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Fabryka Avon w Garwolinie (fot.: http://www.apaka.com.pl)Biurowiec Zielna Point w Warszawie (fot.: http://www.apaka.com.pl)

Źródła:

Udostępnij na:
Biogram dodano: 02.12.2011 | Aktualizacja: 06.06.2016, 02:09:01